Mauamaya, Mamayola i Tatamai

Nie zawsze jest różowo.

Czasem jest ciemno.

Dramatycznie.

Tak, że chce się wyć.

Bywa tak, że serdeczność znika i pojawia się żądza mordu a błahe sprawy wywołują huragan emocji.

Kiedyś nie wiedziałem, że inni też tak czasem mają.

I że to takie ludzkie. Smutne. Cholernie trudne.

Jednocześnie fascynujące. Że można kogoś kochać, podziwiać, wspierać, wzbudzając przy tym potok łez albo przerażająco destrukcyjne myśli i emocje.

Dlatego nowy rok rozpocznę od tekstu, który powstał paręnaście miesięcy temu i czekał na autoryzację oraz na dobry moment do rozmowy w rodzinnym gronie.

Uwaga! Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób i zdarzeń jest nieprzypadkowe.

Lektura poniższego tekstu może zburzyć Twój spokój albo skonfrontować Cię z mroczną stroną rodzicielstwa.

Bo tak czasem mamy. My rodzice. Warto wiedzieć.

Bo kiedyś nie wiedziałem.

Dusiłem w zarodku wszelkie opisane poniżej emocje albo fantazje, a one żyły sobie podskórnie, drążąc toksyczne kanały, wybuchając tu i tam, pozostawiając mnie w rozpaczy, lęku i niepokoju o przyszłość naszej rodziny.

Daj znać jeżeli poniższy tekst poruszył Twoją czułą strunę!

Dobrego roku życzę. Dobrych relacji. Dobrego życia.

Serdeczności,

Artur

 

Mauamaya, Mamayola i Tatamai

„- Ja mam swój plan!” wykrzyczała Mauamaya. Czerwona na twarzy z emocji, z załzawionymi oczami. Patrząc w sufit rzucała słowami, gestykulując i wymachując trzymaną w ręku, drewnianą łyżką, którą mieszała właśnie cebulę na patelni „

– Jest dwunasta a ty jesteś jeszcze w piżamie. Przeczytałaś książkę, którą znasz już niemal na pamięć i pograłaś na pianinie.” Próbował zwrócić uwagę na fakty Tatamai

„- Tak! Bo ja wiem co mam robić!” – rzuciła Mauamaya. Jej siostra – Mardarya, mając dosyć wrzasków dobiegających z kuchni trzasnęła drzwiami do pokoju, który zajmowała z Mauamayą. –

„-Wiedziałam, że tak będzie – nie pójdziesz do pracy i będziesz ciągle wtrącał się w to co mam twoim zdaniem robić… wrzasnęła dziewczyna – No więc skoro wiedziałaś – to masz to czego oczekiwałaś! – próbował dolać oliwy do ognia Tatamai. – Takie jest życie! wrzasnęła Mauamaja, wbijając jajka na talerz energicznie je mieszając.

„Obierki z cebuli zostały na blacie zmywarki, kartonik z jajkami pozostał na swoim miejscu, ale Mauamaya ma plan!” pomyślał Tatamai. Nieźle. Miał ochotę wyjść z domu, trzasnąć drzwiami i zostawić za sobą dotychczasowe życie.

Emocje, którymi rzygała jego córka, były jak sfora psów myśliwskich. W takich chwilach wątpił z całą mocą swojej ciemnej strony w jakiekolwiek kompetencje rodzicielskie. Miał ochotę walić głową w ścianę, podobnie jak czynił to Dziadek podczas kłótni z Babcią czterdzieści lat temu. Miał ochotę wyć i poderżnąć sobie gardło. Wszystkie przeczytane dotychczas książki o wychowaniu przestawały się liczyć i stawały się jedynie bezwartościową makulaturą niewartą złotówki.

„Szaleństwem jest wierzyć, że dziecko czując się gorzej, zachowa się lepiej.” Cytat z ostatnio czytanego poradnika kołatał w głowie Tatamai i powoli przywracał równowagę.

Tatamai usiadł do komputera i wściekle stukał w klawisze klawiatury wyrzucając z siebie myśli, których nigdy nie wypowiedział na głos.

– Co piszesz? rzuciła Mauamaya pojednawczo, nie zdając sobie sprawy z destrukcyjnej fali wściekłej bezsilności wdzierającej się we wszystkie zakamarki gnijącej i rozpadającej się na kawałki duszy taty. Taty, który jednym zdaniem wyzwalał w niej furię. Tego samego Taty, który jednocześnie pisał dowcipne, pojednawcze listy nazwane Kanapkami, walczył o prawo do popełniania błędów, stworzył Rodzinną Konstytucję, która pozwalała wierzyć, że są rodziną wyjątkową, wspierającą dzieci, dającą im przestrzeń do poszukiwań własnej drogi.

Tego wszystkiego Mauamaya nie była świadoma.

Do dzisiaj. Bo właśnie dzisiaj Tatamai postanowił, że zamiast miotać się w swoim rozpadającym się na kawałki świecie wewnętrznym, wyrzyga całą złość, wściekłość, która nieleczona doprowadziłaby jego rodzinę do niechybnej przemocy. Przeleje ją na obojętny, twardy dysk domowego komputera, wydrukuje, odczyta, po czym uroczyście spali w asyście rodziny.

„- Ja mam swój plan! …”

Początkowo słowa płynęły wartko, gorący gejzer emocji wybuchał stukotem klawiszy, epidemia najczarniejszych myśli rozlewała się na ekranie.

Przy końcu strony wściekłość opadła. Wypalona jak zapałka, pozostawiła po sobie odrobinę popiołu i wątpliwości, czy na pewno jest tak źle, skoro niemal codziennie wieczorem Mauamaya przychodziła do Tatamai i Mamayoli na dobranocne przytulanie, nieodmiennie dodając na odchodne:

Kocham Was!

© Artur de Amistad

Photo by Nathan Cowley – https://www.pexels.com/pl-pl/@mastercowley/

2 thoughts on “Mauamaya, Mamayola i Tatamai”

    1. Dzięki! Nigdy nie przypuszczałem, że błahe sprawy mogą wywołać takie trudne do opanowania emocje. Wtedy byłem kompletnie zaskoczony. Dzisiaj mam do tego większy dystans. I zastanawiam się, jak radzą sobie inni w podobnych sytuacjach. Wiem też, ze warto o tym rozmawiać – z przyjaciółmi, innymi rodzicami lub terapeutami. Zycie jest zbyt krótkie, żeby tracić czas na konflikty, których przebieg nie musi być tak dramatyczny 🙂 Serdeczności!

Dodaj komentarz